...W sierpniu 1959 młody ksiądz, magister filozofii, został przeniesiony z Chrzanowa do Krakowa, do parafii św. Kazimierza na Grzegórzkach. Proboszczem (a formalnie - administratorem) był tam osiemdziesięcioletni ks. Jan Mac. Lubiany przez wiernych, bardzo pobożny, wszystkie swoje dochody oddawał parafii, w której pracował od... 1911 roku; mawiał, że do życia wystarczają mu tylko jabłka i żurek. Warunki na plebanii przy ulicy Pasterskiej 25 (dziś Bobrowskiego) były spartańskie: Tischner dostał niewielki pokój z maleńkim przedpokoikiem - ni to kuchenką, ni łazienką, bo stał tam stojak z miednicą i było miejsce na przygotowanie herbaty. W pokoju: proste krzesła, stół, żelazne regały i żelazne łóżko. Drugie, składane, trzeba było wstawić, kiedy na półtora roku sprowadził się do niego brat Marian (ukończywszy studia w Lublinie, po dwu latach pracy w terenie, został asystentem na Akademii Rolniczej w Krakowie}.
    - Gospodynią na plebanii była starsza pani, Helena Szyndler - opowiada Marian Tischner. - Bardzo dbała o księży, zresztą podobnie jak siostra Celestyna, zakrystianka, która wychodzącym rano do szkoły wikarym wtykała do kieszeni czekoladki albo ciasteczka. Mieszkał tam wówczas ks. Jakub Stożek, pochodzący z Kasiny Małej, który potem został duszpasterzem głuchoniemych i proboszczem na Woli Justowskiej. Był też ks. Zbigniew Kaznowski: znał bardzo dobrze grekę i pięknie grał na fortepianie. To były bardzo "chude" lata, ale jakoś się tego nie odczuwało. Józiu zawsze dobrze wspominał to miejsce.

    - Po pierwszej Mszy od razu poszedł hyr, że pojawił się dobry kaznodzieja - wspomina Barbara Grabowska, sędzina, wówczas uczennica grzegórzeckiego liceum. - Na drugą niedzielę na jego Mszę przyszło więcej ludzi, i potem już stopniowo zaczęło przybywać tych, co chodzili "na Tischnera". Szczególnie spośród młodzieży. Szybko też przekonaliśmy się, że to niebanalny katecheta. Nie wymagał prowadzenia zeszytów, stopnie wystawiał na podstawie tego, jak kto brał udział w lekcji. Nigdy nie krzyknął, najwyżej, kiedy ktoś przeszkadzał, ściszył głos i czekał. Cytował Gałczyńskiego, Rilkego. Na Skalnym Podhalu Tetmajera musieliśmy znać prawie na pamięć.

    Danuta Hanzelka, która była wtedy w piątej klasie szkoły podstawowej, zastanawia się, jak to możliwe, że na - bądź co bądź - nadobowiązkowe lekcje przychodzili wszyscy uczniowie, siedzieli zasłuchani i wcale nie mieli ochoty wychodzić. "Pamiętam, jak mówił: "Masz prawo się z czymś nie zgodzić, ale musisz umieć powiedzieć dlaczego, bo tylko wtedy można nawiązać dialog..."". Poważne rozmowy miały z reguły żartobliwy kontrapunkt pod koniec lekcji. "Klasa skanduje wiersz o wróbelku: "Kochajcie wróbelka dziewczęta, kochajcie do jasnej..." - i teraz ma być cicho, żeby ksiądz proboszcz nie usłyszał, bo może się gniewać - "...cholery". Na drugi dzień wypożyczam Gałczyńskiego z biblioteki. Za miesiąc mam już własny wybór tego poety..." - wspomina była uczennica.

    Kiedyś - w starszej klasie - Tischner zadał do przeczytania fragment z Marksa, żeby przedyskutować z uczniami jego poglądy na religię. W bibliotece szkolnej nie było odpowiedniej książki, za to bibliotekarka bardzo chciała wiedzieć, która z nauczycielek wpadła na taki pomysł. "Kiedy powiedziałam, że ksiądz, usłyszałam, że na pewno coś pokręciłam i żebym bardziej uważała na lekcjach religii. Książkę zdobyłam w innej bibliotece, gdzie z kolei padł komentarz na temat nadgorliwości niektórych nauczycieli, którzy dzieciom w podstawówce każą czytać takie książki!" Kiedy opowiedziała o wszystkim Tischnerowi, roześmiał się: "No widzisz, jak to jest! Bardzo zabawna historia, zapamiętaj ją".

    Styl bycia Tischnera podobał się młodzieży, ale starszych parafian szokował. Poza kościołem i szkołą młody wikary chodził bez sutanny, najwyżej w koloratce. W przyciasnej kurtce, nieco za krótkich sztruksowych spodniach szedł z rękami w kieszeniach, pogwizdując. Nosił wtedy baki... Niedaleko kościoła znajdowało się popularne wśród młodzieży kino "Związkowiec", gdzie trafiały filmy, które obiegły już droższe kina, a czasem takie, które się gdzie indziej nie pojawiały. Jak pisze Adam Zagajewski, "kina były wtedy eksterytorialnymi, przytulnymi jaskiniami Platona i zarazem najtańszymi biurami podróży". Tischner zachodził do "Związkowca" bardzo często i zdarzało się, że potem w kazaniu nawiązywał do sytuacji zobaczonych na ekranie. To znów: jednych gorszyło, drugim imponowało. Parafianie od razu też spostrzegli, że nowy ksiądz nigdy nie chodzi z tacą. A kiedy przyszedł czas kolędy, okazało się, że odwiedza tylko tych, którzy go zaproszą, i nie przyjmuje pieniędzy.

ks. Tischner ks. Tischner ks. Tischner

Parafia św. Kazimierza - choć znajdowała się niedaleko centrum Krakowa miała wszelkie cechy parafii przedmiejskiej. Mieszkało tam trochę inteligencji, robotnicy dojeżdżający do Nowej Huty, a w barakach przy ulicy Miedzianej biedota. "Myśmy nie bardzo chcieli do tych baraków chodzić - wspominał Tischner - bo tam zawsze [były] awantury, pijaństwa i takie rozmaite rzeczy się działy. W dodatku nie bardzo wiedzieliśmy - wezwani do baraku - do którego mieszkania mamy iść. Zanim człowiek trafił do właściwego, po drodze nasłuchał się rozmaitych rzeczy". Któregoś dnia przyszło jednak stamtąd wezwanie do chorego. Chcąc nie chcąc, Tischner ubrał się, wziął z kościoła Najświętszy Sakrament, i poszedł. "Ale nikt nie widzi, że idę z Panem Jezusem, bo idę przez miasto jako zwykły przechodzień. I tak sobie myślę: "Co to za jakiś taki głupi paradoks?! Ja Cię, Panie Jezu, niosę, a nie wiem, dokąd idziemy... Ty wiesz, gdzie trzeba iść, a mnie nie niesiesz..." Uważałem, że sytuacja nie jest normalna, bo powinien nieść ten, kto wie, a nie ten, kto nie wie... Kiedy sobie tylko to pomyślałem, zza żyta - bo wtedy były tam jeszcze pola - wyszła jakaś kobiecina i pyta się: "Czy ksiądz idzie do baraku? Do chorego? " "Tak". "To ja księdza zaprowadzę i pokażę, do kogo to trzeba iść". I w ten sposób miałem rozwiązanie problemu Boga osobowego, obecnego i nieobecnego między ludźmi..."

    Po latach Tischner - może mając na myśli również to zdarzenie - powie: "Bardzo ładnie jest znaleźć religię i wiarę między świętymi i mistykami. Ale naprawdę znaleźć ją można między pijaczynami. Między tymi, co piją, klną i od czasu do czasu babę zbiją albo baba ich zbije". A w innym miejscu doda: "Tajemnica wiary ewangelicznej: widzieć Boga tam, gdzie się Go najmniej spodziewamy. Choćby w stajni..."

    Żeby być bardziej mobilnym, Tischner zamienił w tym czasie SHL-kę na JAWĘ - pojazd bardzo popularny wśród młodych księży (krążył nawet dowcip: "Kto to jest wikary? Dupa na jawie!"). Obowiązków było coraz więcej. "Zaczynaliśmy trochę na pustkowiu" wspominał. "Najpierw uczyliśmy dzieci systematycznego przystępowania do spowiedzi i Komunii Świętej. Po kilku latach mieliśmy już tyle spowiedzi, ile byliśmy w stanie wysłuchać, i tyle Komunii, ilu potrafiliśmy udzielić. Tak było na Grzegórzkach i pewnie także w większości nowych osiedli. Gdyby było nas w parafii jeszcze dwóch, pewnie mielibyśmy o dwustu, trzystu parafian więcej. Ludzie ciągnęli do kościoła, rzeczywiście był im potrzebny. A już na pewno mieli nadzieję wychować po katolicku dzieci. Nawet ci, którzy sami nie byli bardzo zaangażowani religijnie".

Tymczasem władze szykowały się do nowej konfrontacji z Kościołem. W lipcu 1958 roku przeprowadzono rewizję w Instytucie Prymasowskim na Jasnej Górze i brutalnie pobito wiernych, którzy usiłowali jej przeszkodzić. Władze popaździernikowe - dotąd ograniczające się tylko do działań propagandowych (jak nagłaśnianie przypadków złego traktowania uczniów nie chodzących na lekcje religii) - pokazały, że nie zamierzają poprzestać na tego rodzaju środkach. Już w roku szkolnym 1958/59 rozpoczęto akcję usuwania krzyży z klas oraz stopniowego likwidowania nauczania religii w szkołach. W województwie krakowskim szło to dość opornie. Zaczynano od drobnych posunięć, które miały utrudniać życie katechetom. "Uczyłem wtedy w krakowskim Technikum Górnictwa Odkrywkowego. Miałem około czterystu uczniów, w tym może dziesięć dziewcząt. Młodzież była głównie z południowo-wschodniej Polski, prawie wszyscy mieszkali w internacie. Chłopaki jak trzeba - pobożne, obowiązkowe" - wspominał Tischner. Jak co roku, w parafii przygotowano rekolekcje dla młodzieży. Jednak tym razem kościół świecił pustkami. "Okazało się, że nie puścili ich z internatu. Dyrektor mi powiedział, że takie są nowe przepisy. Rekolekcje mogą już odbywać się tylko między pierwszą a trzecią po południu, kiedy internat ma czas wolny. Zapowiedziałem to młodzieży i następnego dnia przyszli prawie wszyscy. W wolnym czasie, kiedy równie dobrze mogli iść do kawiarni albo do kina".

    To był już ostatni rok nauki w szkole. Po wakacjach 1960 zaczęto organizować katechezę przy kościele. Lekcje odbywały się w małej salce nad zakrystią. "Nie mieliśmy sal, krzeseł, tablicy - niczego. A jednocześnie kazali nam zgłaszać punkty katechetyczne i nazwiska dzieci. Z kurii przyszło polecenie, żeby tego nie robić. Wszyscy odpowiedzieliśmy jednym tekstem, że w dniu tym i tym kuratorium zerwało z nami umowę o pracę, w związku z czym nie ma podstaw prawnych, aby domagać się takich zeznań". Z punktu widzenia władz usunięcie religii ze szkół zakończyło się więc tylko połowicznym sukcesem: przeniesione do pomieszczeń przykościelnych, lekcje te znalazły się poza kontrolą państwa.

    W nowej polityce władz wobec Kościoła bezpośrednią pieczę nad działalnością duchownych miały sprawować Urzędy ds. wyznań. Pod różnymi pretekstami wzywano tam księży na rozmowy i próbowano wyciągać od nich informacje; od urzędników "wyznaniowych" - którzy byli jakby pośrednikami między państwem a duchowieństwem wiele zależało (choćby pozwolenia na budowę czy remont sal katechetycznych), toteż nierzadko w rozmowach uciekali się do szantażu. Przede wszystkim chodziło jednak o stworzenie wrażenia, że stosunki w diecezji, w parafii, a nawet każdy ruch księdza - są władzom dobrze znane. Tischner wspominał, że ilekroć musiał odwiedzać te urzędy, nawiedzało go uczucie absolutnej obcości tamtego świata. "Tam spotykałem jakichś ludzi, cholera wie skąd. Nigdzie się takich gąb nie widziało. I nastrój tych spotkań był jakiś dziwny. Miało się wrażenie, że z dna wychodzi sprężyna rządząca światem. Każde takie spotkanie zostawiało na mej psychice ślad, który trwał dłuższy czas".

    O tym, że antykościelna polityka państwa uległa zaostrzeniu, najdobitniej świadczyły wydarzenia, które rozegrały się w kwietniu 1960 roku w Nowej Hucie. Władze dzielnicy, które na fali odwilży zgodziły się na budowę na jej terenie kościoła, wycofały się z tej decyzji i wyznaczoną parcelę przeznaczyły pod budowę nowej szkoły. 27 kwietnia, podczas próby usunięcia krzyża stojącego na poświęconym placu i otoczonego przez modlących się ludzi, wywiązała się bójka, która dała początek dwudniowym zajściom. Do stłumienia protestów wysłano ponad tysiąc milicjantów, użyto gazów łzawiących, armatek wodnych, a nawet broni palnej. Aresztowano ponad pięćset osób, z czego 87 skazano na kary od sześciu miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.
Całe miasto wrzało. "To nie była kiełbasiana rewolucja" - mówił po latach Tischner, przeciwstawiając się obrazowi tych wydarzeń, jaki stworzyła propaganda. "To nie był bunt kościelnych babek. I także nie do końca była to walka o kościół. Ludzie się zbuntowali głównie o to, że ich dzieciom chciano odebrać prawo do nauki religii. To był bunt w imię dzieci, w imię młodego pokolenia, które władza chciała pozbawić wiary". Pozostając wikarym "z pełnym obciążeniem", Tischner miał jednocześnie możliwość w miarę swobodnego studiowania, a przede wszystkim przygotowywania doktoratu. Starał się nie opuszczać seminariów i wykładów Ingardena. Księża pamiętają, że pewnego razu wygrał w szachy z kolegą - wikariuszem wolne popołudnie - właśnie po to, żeby iść na wykład... Formalnie zwolniony ze stanowiska wikariusza we wrześniu 1963 roku, Tischner jeszcze przez dwa lata pozostawał w parafii św. Kazimierza i pomagał ks. Macowi w duszpasterstwie. "Powziąłem żelazne postanowienie, że codziennie cztery godziny poświęcę filozofii i że suma tygodniowa musi mi się zawsze zgodzić. Mając pełne obciążenie parafialne i katechetyczne, dzień w dzień trzymałem ten mój harmonogram. Jeździłem z Heideggerem i w góry, i na Mazury. A kiedy siedzi się w takich tekstach, żyje się inną rzeczywistością, cały świat staje się "zjawiskiem świata". Coś się dokoła nas dzieje, ktoś coś mówi, ktoś coś robi, a my patrzymy na to z dystansem, z jakim rozważa się fenomen istnienia"...

    W tych latach Tischner coraz częściej zachodził do kolegiaty św. Anny, gdzie "proboszczował" mianowany w 1962 biskupem pomocniczym Jan Pietraszko. Autorytet tego duszpasterza nie tylko nie słabnął, ale rósł z każdym rokiem: - Jego kazania, rekolekcje to były wydarzenia krakowskie - wspomina tamten okres Stanisław Grygiel. - Ludzie stali na ulicy przed kościołem: nie było jeszcze megafonów, a oni mimo to stali. W środku był taki tłum, że studenci wchodzili na ołtarze i tam siedzieli... Pietraszko nigdy nie uprawiał polityki, Boże broń, a jednak w tym, co mówił, był jakiś dynamit! Każde kazanie miał napisane, tekst leżał przed nim, tak dla psychologicznej pewności, bo nigdy nie czytał. On był w środku tego tekstu - i to niesłychanie działało. Mówił delikatnie, a wydawało się nieraz, jakby kamienie leciały!

Pietraszko ściągał do św. Anny najlepszych krakowskich kaznodziejów: ks. Adama Bonieckiego, ks. Mieczysława Malińskiego,_ks. Kazimierza Sudera... Nic dziwnego, że coraz częściej pojawiał się tam też z homiliami Tischner. Były to dla niego jakby "podyplomowe studia z homiletyki": przynosił teksty kazań wygłaszanych na Grzegórzkach i poddawał je pod dyskusję. Ks. Mieczysław Turek, który był wówczas wikarym u św. Anny, pamięta jedno takie spotkanie. "Kazanie dotyczyło głośnego zabiegu eutanazji, wykonanego przez lekarza na małym dziecku, na prośbę jego rodziców. Ks. Tischner nie grzmiał, nie łajał, nie groził karami boskimi. Z całym spokojem opisał przebieg zabiegu, potem zatrzymał się nad przeżyciami lekarza, który złożył przecież przysięgę Hipokratesa, i nad przeżyciami rodziców dziecka, którzy po zabiegu, pozbywszy się kłopotu, poszli na lampkę wina do restauracji. Całość kończyło jedno wstrząsające pytanie. Gdy ks. Józef skończył czytać, zapanowała cisza. Wtedy pomyślałem: takich kaznodziei nam potrzeba"... W 1965 roku Tischner opuścił plebanię na Pasterskiej. Przydzielono mu małe mieszkanie na ostatnim piętrze domu księży profesorów (wcześniej - księży emerytów) przy ulicy św. Marka 10, skąd do św. Anny miał tylko parę minut drogi. Życie jego zaczęło biec innym rytmem. Wstawał wcześnie, o piątej, szóstej. O siódmej odprawiał w kościele św. Marka Mszę, o 7.30 przychodził na śniadanie. Potem wykłady albo praca indywidualna, obiad o 13; po południu znów - lektury, spowiadanie lub inne zajęcia duszpasterskie, spotkania. O 18.30 kolacja. Kładł się spać późno; miał po matce to, że nie musiał sypiać długo. Benedyktyńską pracowitość Tischnera można docenić, przeglądając jego zeszyty z notatkami. Zapisane równym, drobnym pismem, rzetelnie streszczają zawartość studiowanych dzieł. Prócz wrodzonego zamiłowania do porządku był jeszcze jeden, bardzo prozaiczny powód tej skrupulatności: książki filozoficzne były trudno dostępne, korzystało się z pojedynczych egzemplarzy przywiezionych z zagranicy przez znajomych. "Moje żmudne studia nad Heideggerem, które wymagały ogromnego wysiłku, bo w Polsce nie było żadnych pomostów do tej filozofii, bardzo ograniczały moje zainteresowania. Musiałem studiować oryginały, męczyć się z nimi. Miałem przekonanie, że historia świata, historia człowieka, to przede wszystkim dzieje ludzkiej myśli".

    Przeprowadziwszy się na św. Marka, Tischner mógł się wreszcie poświęcić nie tylko pracy naukowej, ale także pisaniu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że jego zbliżenie ze "Znakiem", a potem "Tygodnikiem Powszechnym" było tylko kwestią czasu. Pierwszą próbę współpracy podjął jeszcze w Chrzanowie. Miał już wtedy za sobą debiut w druku - naukową recenzję w czasopiśmie "Collectanea Theologica" z 1955 roku. Marzył jednak, by publikować tam, gdzie coś się działo, gdzie toczyły się spory, pojawiała się nowa myśl. Kiedy tylko władze odblokowały "Znak" (pierwszy numer po przerwie ukazał się w czerwcu 1957), złożył redakcji propozycję. Odpowiedź nie była dlań pomyślna: "Uprzejmie dziękujemy za nadesłany nam artykuł, zawierający ciekawe rozumowania i wnioski. Niestety, nie będziemy mogli wykorzystać go w druku, bo napisany jest zawile i językiem niezwykle trudnym, tak, że nawet bardzo uważny czytelnik trafiałby na ustępy mało zrozumiałe i zapewne zrezygnowałby z dotarcia do wniosków i ich przemyślenia". Nie wiemy, o jaki tekst chodziło...

(Wojciech Bonowicz, Tischner, Wydawnictwo "Znak", Kraków 2001, str. 173 - 195)

do góry