NAUKA DLA MŁODZIEŻY I STUDENTÓW

(28 maja, wtorek)


Witam Was serdecznie na naszym specjalnym spotkaniu misyjnym. Dobrze, że jesteście. Dziękuje Wam, żeście zagospodarowali mądrze dzisiejszy wieczór.

Przed nami trzy teksty ewangeliczne, którym się przyjrzymy.

Wybrałem je z premedytacją, bo po pierwsze ujmują w trzech ramach wiekowych bohaterów, o których mowa w nich, odpowiadającym mniej więcej początkowi, środkowi i końcówce wieku młodości człowieka.

Nota bene: w Tanzanii umowny wiek, w którym kończy się okres młodzieńczy człowieka, to lat czterdzieści pięć, jeśli ta osoba jest nadal stanu wolnego. Z chwilą, gdy młoda osoba wchodzi w związek małżeński, momentalnie traci status nie tylko kawalera czy panny, ale też przestaje być kwalifikowana i traktowana jako młoda osoba - bo podejmuje obowiązki dorosłego człowieka odpowiedzialnego za swoją rodzinę i dzieci.

Po drugie, wiążą się z tymi tekstami moje osobiste przeżycia i wydarzenia, którymi pragnę się z Wami dziś podzielić. Posłuchajcie teraz bardzo uważnie, jeśli to możliwe - z zamknietymi oczami, i zapiszcie w mentalnych notatkach, co Was szczególnie uderzyło w tych tekstach, jakie myśli się Wam nasunęły, jakie uczucia poruszyły Wasze serca.

Pierwszy tekst - dwunastoletnia córka przełożonego synagogi.

"Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła". Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. (...) Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: "Nie bój się, wierz tylko!". I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!" Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść." (Mk 5:21-24.35-43)

Drugi tekst - bogaty młodzieniec.

"A oto zbliżył się do Niego pewien człowiek i zapytał: "Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?" Odpowiedział mu: "Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania". Zapytał Go: "Które?" Jezus odpowiedział: "Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!" Odrzekł Mu młodzieniec: "Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?" Jezus mu odpowiedział: "Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!" Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości." (Mt 19:16-23)

Trzeci tekst - facet chorujący całe życie na tajemniczą chorobę.

"Potem nastąpiło święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych, którzy czekali na poruszenie się wody. Anioł bowiem zstępował w stosownym czasie i poruszał wodę. A kto pierwszy wchodził po poruszeniu się wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę>. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: "Czy chcesz stać się zdrowym?" Odpowiedział Mu chory: "Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną". Rzekł do niego Jezus: "Wstań, weź swoje łoże i chodź!" Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził. Jednakże dnia tego był szabat. Rzekli więc Żydzi do uzdrowionego: "Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża". On im odpowiedział: "Ten, który mnie uzdrowił, rzekł do mnie: Weź swoje łoże i chodź". Pytali go więc: "Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź i chodź?" Lecz uzdrowiony nie wiedział, kim On jest; albowiem Jezus odsunął się od tłumu, który był w tym miejscu. Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego: "Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło"." (J 5:1-14)

Wróćmy do pierwszego tekstu. Przeczytam jego fragment, który uderzył mnie najmocniej i znalazł swoje odzwierciedlenie w moim życiu na misjach.

"Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: "Nie bój się, wierz tylko!". I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań!" Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia."

Nic tak nie rozwala, jak brak wiary własnych rodziców i bliskich w nas, w nasze możliwości, nasze marzenia i plany. Twoja córka umarła...już po niej...z niej nic już nie będzie...spisana na straty. I słowa samego Boga - Jezusa - Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi...

Tam, gdzie pracuję, w terenach wiejskich Tanzanii, odległych od ośrodków cywilizacji w wielkich miastach, rodzice, zwłaszcza ojcowie, niechętnie posyłają swoje córki do szkoły, uważając to za stratę czasu. Według tradycji etnicznych wielu szczepów afrykańskich, dziewczynka ma szybko wyjść za mąż, by móc za nią otrzymać zapłatę - posag, często w postaci bydła, by z kolei za te krowy jej bracia mogli się ożenić. I najczęściej jest tak, że ponieważ prawo państwowe zabrania wydawania córek za mąż, dopóki nie skończą szkoły podstawowej, rodzice czekają aż córka skończy siódmą klasę podstawówki (tyle klas jest w Tanzanii w szkole podstawowej) i od razu wydają ją za mąż, inkasują posag, który jest z kolei wykorzystany, by synowie mogli się później ożenić. Stąd też sytuacja jest taka, że chłopcy z zasady dłużej się uczą niż rówieśniczki, mogą skończyć szkołę średnią i ożenić się, jeśli nie idą na studia wcześniej (w Tanzanii na uczelniach studentki to tylko 17% ogółu studiujących). W klasach w szkołach podstawowych jest więcej chłopców niż dziewcząt. Mimo że stosowane są tzw. parytety i limity przyjmowania chłopców do klas, by stworzyć jakieś pozory równouprawnienia w edukacji. Na wsiach tylko połowa dzieci w wieku szkolnym chodzi do szkoły. Do szkoły średniej trafia nie więcej niż 10 procent tych, którzy kończą szkołę podstawową.

W Azji ponoć - gdzieś wyczytałem - brakuje ponad 100 milionów dziewcząt 'dzięki' aborcji selektywnej - rodzice preferują chłopców i usuwają ciąże, gdy odkryją, że urodzi się dziewczynka. Zachwiana została przez to równowaga biologiczna i stworzony został kuriozalny problem dla męskiej części populacji, która nie ma wystarczającej liczby kandydatek do ożenku.

W Polsce jest inaczej, choć też mówi się o szklanym suficie u dziewcząt i kobiet w różnych dziedzinach życia społecznego i zawodowego. Jak jest naprawdę, sami doskonale wiecie.

Dla nas młody człowiek może wydawać się martwy. Dla Jezusa on tylko śpi. Dla Jezusa młoda osoba to śpiący lew, którego trzeba zbudzić, by nie tracił czasu za młodych lat. Ale to obudzenie dokonuje się przez podanie przyjaznej ręki Jezusa. Jezus tę rękę zawsze wyciąga w Twą stronę, nawet jak Tobie samej czy Tobie samemu się wydaje, że już po tobie, że ludzie wokół Ciebie postawili krzyżyk na Tobie i zaszufladkowani w kategorii tych, którzy 'są skończeni', z których żadnego pożytku nie będzie. Jest jedno 'ale' - byś mógł i mogła zobaczyć tę dłoń Jezusa wyciagnietą w twoją stronę, potrzeba pomocników, by mogli Jezusa doprowadzić do Ciebie i rozgonić tych, którzy tańczą upiorny taniec szyderstwa na Twoim wirtualnym grobie w społeczeństwie.

I tu pojawia się niemały problem.

Dwa tygodnie temu rozmawiałem długo z przyjacielem, profesorem jednej z uczelni krakowskich, w wieku mniej więcej tej chorej osoby z trzeciego tekstu ewangelicznego. Powiedział mi coś, co mnie bardzo uderzyło - "wiesz, bardzo łatwo jest znaleźć kapłana w Krakowie, parafii jest mnóstwo i różnych duszpasterstw, ale mimo to zajęło mi pół roku, zanim trafiłem na takiego, który miał dla mnie czas i zgodził się być moim kierownikiem duchowym. Poszedłem kiedyś i odstałem w kolejce u Dominikanów do jednego znanego ojca spowiednika, kierownika duchowego, ale jak nadeszła moja kolej a ja miałem tyle do powiedzenia i poradzenia się, moje życie leżało w gruzach, to on mi powiedział od razu na wstępie - 'mam dla Pana pięć minut'. Odszedłem zawiedziony..."

Nie wiem, czy On miał wyjatkowego pecha szukając pomocy w Krakowie, czy może niezbyt gorliwie szukał, może przesadził. Nie wydaje mi się, że jest aż tak źle. Mimo to, daje mi to do myślenia, i pokazuje, że młody facet dostrzegł potrzebę wyciągnietej ręki Jezusa, by się obudzić i obudzić pełny swój potencjał jako czlowieka i chrześcijanina, ale trudno Mu było znaleźć pomocników Jezusa, którzy doprowadziliby Jego łaskę do Niego.

Mam do Ciebie pytanie - młoda kobieto, młody mężczyzno.

Czy obudziłeś się już w swoim życiu, czy nadal śpisz?

Co z Twoimi talentami i charyzmatami? Gdzie one są i komu służą?
Widzisz oczami wiary tę rękę szansy, jaką oferuje Ci Jezus?
Żyjesz i funkcjonujesz w otoczeniu ludzi, którzy Ci w tym pomagają czy szydzą i Cie dołują? Szydercy i ci, którzy zabijają w Tobie nadzieję, i chcą Cię sprowadzić do parteru, byś uwierzył, że sens Twojego życia to tylko konsumpcja, to transformacja człowieka w jamochłona, przychodzą w różnym przebraniu i postaci. To mogą być nawet rodzice, rówieśnicy, Twoi bracia lub siostry, koledzy czy koleżanki, to może być Twój nauczyciel, profesor na uczelni. To może być ktokolwiek.

To, że każdą i każdego z nas czeka osłupienie ze zdumienia, to pewne, prędzej czy później, lub całkiem późno - w dniu, gdy spotkamy się z Jezusem twarzą w twarz. I wtedy się okaże, choć za późno, że nie do egzystencji jamochłona zostaliśmy stworzeni...

Jedno jest pewne. Dopóki jesteśmy w drodze do Domu Ojca, nie ma nikogo, który już umarł w oczach Boga. Są tylko Ci, którzy śpią i czekają na rękę Jezusa, która ich podźwignie. I pomocnicy Jezusa, którzy nie tracą w Was nadzieję i pomogą.

Przejdźmy do drugiego tekstu. Bogaty młodzieniec.

Na różne sposoby można ten tekst odczytać. Powiem Wam o jednym fakcie, który mi się przydarzył w katedrze w Musomie, w Tanzanii w 2005 roku. Grupa apostolska młodzieży studiującej i pracującej w wieku może 18-30 lat poprosiła mnie kiedyś o rekolekcje. W czasie rekolekcyjnych rozważań doszliśmy do tego właśnie fragmentu Pisma Świętego o bogatym młodzieńcu. Poprosiłem wszystkich obecnych, by zamknęli oczy i w myślach udali się do swoich domów, do swoich pokojów i rozejrzeli się uważnie. Po chwili takiego wirtualnego rozglądania się, zapytałem ich, czy widzą wszystko. Odpowiedzieli, że tak. Poprosiłem, aby każda i każdy z nich zidentyfikował jedną rzecz w pokoju, która dla nich stanowi największy skarb, największą pamiątkę, najcenniejszą własność. Po chwili zastanawiania się, gdy potwierdzili wszyscy, że już zidentyfikowali tę jedną rzecz, poprosiłem, by otworzyli oczy i popatrzyli na mnie jakby patrzyli na samego Jezusa. I powiedziałem im, by jutro po zakończeniu rekolekcji, wszyscy przynieśli mi tą osobistą najcenniejszą rzecz, byśmy mogli ją przekazać ubogim.

Przez chwilę pomyślałem, że trafił ich grom z jasnego nieba.

Osłupienie, niedowierzanie, jakby ich odrzuciło. Nikt z moich młodych przyjaciół nie był gotów rozstać się z tymi rzeczami. Powiedziałem im, że są w tym podobni do tego bogatego młodzieńca. Wypisz wymaluj. Nie są w stanie oderwać swoich serc od rzeczy. Ociekają materią, ona ich oblepiła aż do głębi serca. Pozostał smutek.

Zastanów się, czy różnisz się od Twoich rówieśników z Tanzanii? Czy Twoje serce jest wolne, czy jesteś naprawdę uboga, ubogi w duchu, posiadająca / posiadający a nie posiadana / posiadany przez materię? Jak to jest z Tobą? Pomyśl.

I jeszcze jeden szybki przykład w tym punkcie naszych rozważań. W 1999 roku mieliśmy misje diecezjalne w mojej diecezji w Musomie w Tanzanii, prowadzone przez jednego hinduskiego słynnego kaznodzieję, który dał nam przykład umierającego bogacza. Ten bogacz, wiedząc, że jego godzina nadeszła, kazał otworzyć sejf, przynieść sobie kosztowności i pieniądze i tak - obejmując paczki z banknotami i obsypany złotem i diamentami - z płaczem szlochając - My money! My money!...umarł.

I ostatni, trzeci tekst.

"Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: "Czy chcesz stać się zdrowym?" Odpowiedział Mu chory: "Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną". Rzekł do niego Jezus: "Wstań, weź swoje łoże i chodź!" Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził."

Podobna sytuacja jak z córką przełożonego synagogi. Ten chory był chodzącym trupem, który o własnych siłach nie mógł wyzdrowieć. Nie miał nikogo, kto chciałby mu pomóc. Trzydzieści osiem lat!

Mało takich chodzących trupów wśród nas? Żałosnych, tracących powoli nadzieję na uzdrowienie, czekających z jakąś tam nikłą nadzieją na pomoc, niewiadomo skąd i jak i na swoją chwilę łaski? To mogę być ja, to możesz być Ty. Ostrzeżenie Boga, pierwsza Jego uwaga na nasz temat w Księdze Rodzaju jest aktualna do dziś - "Pan Bóg rzekł: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc"." (Rdz 2:18) Tu akurat nie chodzi mi o mężczyznę, tylko o każdego człowieka. Nie jest dobrze, byś był(a) sam(a) na tym świecie. Musisz żyć w mądrej wspólnocie ludzi, którzy - jak Ty - wierzą, że Twoje życie to nie życie jamochłona, składającego się z oczu, uszu, jamy gębowej, układu pokarmowego i odbytu. Nic więcej. Konsumpcja.

Ta pomoc to może te nasze misje i cisza i skupienie, w jakim trwamy. To może osoba, którą spotkasz w czasie tych dni świetych. To może natchnienie, słowo Boga, które Cię dotknie, rozmowa, światło Ducha, jakieś wydarzenie, które otworzy Ci oczy, obudzi Cię, wskrzesi na nowo, rozpali ogniem apostolskim i pośle w sam środek tetniącego życia Kościoła, by służyć hojnym sercem, czasem, talentami, charyzmatami, udowadniając w ten sposób, że materia nas jeszcze nie udusiła, nie oblepiła, że mamy otwarte serce dla innych i nie przywiązujemy się zbytnio do tego, co posiadamy. Posiadamy, ale nie jesteśmy posiadani. I wiemy, że życie to nie konsumpcja. Że to coś znacznie więcej...

Chodzisz po tej ziemi, po tych naszych krakowskich Grzegórzkach już kilkanaście lat, przynajmniej. Jak rozumiesz swoje życie i swoją misję w nim? Czy jesteś kurczakiem, który łazi po ziemi i w nią się wpatruje szukając tego i owego, dziubiąc to i owo, ciesząc się kawałkami materii, które zdobył i zadowalając się nimi tylko? Czy raczej czujesz niedosyt i wiesz, że Bóg stworzył Cię jako wspaniałego orła, którego domem jest i ziemia i niebo, a przestworza są jedynym limitem, ograniczającym go?

Zakończmy tę naszą refleksję misyjną modlitwą, której słowa pochodzą z listu Rudyarda Kiplinga do jego syna. Niech to będzie modlitwa i życzenia samego Jezusa dla każdej i każdego z Was. Niech się tak stanie, niech się stanie!

Powodzenia w rozwijaniu skrzydeł!

Jeżeli zdołasz zachować spokój, chociażby wszyscy go stracili, ciebie oskarżając;
Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o Tobie zwątpili, licząc się jednak z ich zastrzeżeniem;
Jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia, jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami,
jeżeli nie odpłacasz na nienawiść nienawiścią, nie udając jednakże mędrca i świętego;
Jeżeli marząc - nie ulegasz marzeniom;
Jeżeli rozumując - rozumowania nie czynisz celem;
Jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę, traktując jednakowo oba te złudzenia,
Jeżeli ścierpisz wypaczenie prawdy przez Ciebie głoszonej, kiedy krętacze czynią z niej zasadzkę, by wydrwić naiwnych albo zaakceptujesz ruinę tego, co było treścią twego życia, kiedy pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;
Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy i potrafisz zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę,
jeśli potrafisz przegrać i zacząć wszystko od początku, bez słowa, nie żaląc się, że przegrałeś;
Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy, siły, by nie zawiodły, choćbyś od dawna czuł ich wyczerpanie, byleby wytrwać, gdy poza wolą nic już nie mówi o wytrwaniu;
Jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości lub spacerować z królem w sposób naturalny;
Jeżeli nie mogą Cię zranić nieprzyjaciele ani serdeczni przyjaciele;
Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;
Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę, nadając wartość każdej przemijającej chwili;
Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej i co - najważniejsze - będziesz Człowiekiem.
Amen.


ks. Wojciech Kościelniak

do górydo góry

© Copyright 2005 by Ritt&Leo ® - kontakt: webmaster@grzegorzki.vbiz.pl