NAUKA DLA SAMOTNYCH

(29 maja, środa)


"Wtedy [Eliasz] zląkłszy się, powstał i ratując się ucieczką, przyszedł do Beer-Szeby w Judzie i tam zostawił swego sługę, a sam na [odległość] jednego dnia drogi poszedł na pustynię. Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, rzekł: "Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków". Po czym położył się tam i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: "Wstań, jedz!" Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. Powtórnie anioł Pański wrócił i trącając go, powiedział: "Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga". Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie mocą tego pożywienia szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb. Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: "Co ty tu robisz, Eliaszu?" A on odpowiedział: "Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie". Wtedy rzekł: "Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!" A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: "Co ty tu robisz, Eliaszu?" Eliasz zaś odpowiedział: "Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie". Wtedy Pan rzekł do niego: "Idź, wracaj twoją drogą ku pustyni Damaszku. A kiedy tam przybędziesz, namaścisz Chazaela na króla Aramu. Później namaścisz Jehu, syna Nimsziego, na króla Izraela. A wreszcie Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie." (1 Krl 19:3-16)

Samotność to najgroźniejszy wirus XXI wieku. Atakuje w sposób niezauważalny a skutki jego działania przez długi czas można brać za coś kompletnie innego. Za nudę. Za pustkę. Za bylejakość tego świata. Może się przez niego wydawać, że ludzie są głupi albo groźni. Że Stwórca tego świata to sadysta. Że piekło to inni. Że trzeba się wymęczyć i doczekać do śmierci.
A TO NIEPRAWDA.

W naszej parafii mieszkają ludzie żyjący samotnie. Są to: niezamężne kobiety, nieżonaci mężczyźni, wdowy, wdowcy, osoby porzucone przez współmałżonka, samotne kobiety, samotni mężczyźni, emeryci i renciści. Idąc dalej, są osoby samotne, mimo że żyją w związkach małżeńskich, w rodzinach, ale samotność jest ich chlebem powszednim. Przypomina mi się w tym miejscu anegdota.

Pewien wielki malarz poprosił swego przyjaciela lekarza, żeby przyszedł i obejrzał to, co uważał za swe najlepsze dzieło. Doktor poddał obraz dokładnemu badaniu, zatrzymując się długo nad każdym szczegółem. Minęło dziesięć minut i artysta zaczął się trochę niepokoić. "No i co o tym myślisz?" Lekarz powiedział: "Wygląda to na obustronne zapalenie płuc".

Oj tak! O ile samotność samą w sobie można zaakceptować, polubić, a nawet pokochać, bo czasem jest ona po prostu wygodna, i zyjemy, jak chcemy, bez potrzebny wchodzenia w jakiś kompromis z bliskimi ludźmi, to stosunek innych ludzi do dotkniętych nią bliźnich czasem bywa krzyżem ponad siły. Sara z Księgi Tobiasza postanowiła się powiesić nie z powodu samotnie spędzanych nocy, tylko upokorzona słowami służącej ośmielającej się znieważać córkę swego pana w jego domu. Jej modlitwa ("A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia, to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają") jest wielu z Wam zapewne bardzo bliska.

W sposób nieco umowny i uproszczony można podzielić samotność na dwie kategorie: samotność jako los i samotność jako wybór. Powstaje przy tym pytanie, czy w ramach samotności jako wyboru można mówić o powołaniu do życia w samotności. Od razu należy zrobić zastrzeżenie, że nie chodzi o powołanie do życia zakonnego, które w końcu jest powołaniem do życia we wspólnocie, ale o powołanie do życia w realnej samotności - do życia "samotniczego". Kościół ułatwił sobie sytuację, formułując uproszczoną alternatywę: małżeństwo albo zakon. Nie wziął pod uwagę prostego społecznie faktu, że wytworzył się odrębny stan ludzi żyjących w samotności, którzy ani nie zawierają związku małżeńskiego, ani nie wstępują do zakonu. Oni też mają prawo i powinni czuć się integralną żywotną cześcią wspólnoty wierzących, naszej wspólnoty!

Kościół zatem jest zobowiązany liczyć się z rzeczywistością. Ma szukać w Objawieniu teologicznych podstaw do istnienia i funkcjonowania takiego stanu i otoczyć go odpowiednią troską duszpasterską. By każda osoba w naszej parafii czuła sens swego życia, czuła się potrzebna, chciana i kochana. I użyła charyzmatu samotności do wyjścia ze swoich czterech ścian i sięgnąć swym sercem, talentami i doświadczeniem ku innym w naszej wspólnocie.

Przypomina mi się tu kolejna anegdota.

Byl piękny, letni dzień gdzieś tam, dawno temu w Rosji. Leśną drogą, wsród kwiatów i ziół szedł wolnym krokiem rabin. Krok za krokiem zmierzał przed siebie, rozkoszując się pięknem stworzenia. Dziękował Najwyższemu za kwiaty pachnące tak, że dech w piersiach zapiera, za leśne ptaki, śpiewające pod błękitnym nieboskłonem, za zwierzęta, co chyłkiem przemykały u jego stóp. Radość i wdzięczność wypełniały jego serce. Zdawałoby się, że nic nie jest w stanie zmącić tego błogostanu.... Aż tu nagle...
Zza krzaka wybiega rozbójnik! Przystawia mu lufę karabinu do czoła i woła:

- STÓJ !!!
- KIM JESTEŚ ?!!
- DOKĄD IDZIESZ ?!!

Przystanął rebe... spojrzał mu w oczy... i pyta:
- Ile ci płacą, żołnierzu...?
- PIĘĆ KOPIEJEK !!! - wrzeszczy tamten.
- Posłuchaj - mówi rebe - ja dam ci 30 kopiejek, pod jednym wszakże warunkiem: zawsze, ilekroć będę tędy przechodził, będziesz zadawał mi TE SAME PYTANIA.


W rozmowie z Jezusem uczony w Piśmie przytacza fundamentalną prawdę o Bogu: "On jest Jeden i nie ma innego prócz Niego" (Mk 12, 32). I właśnie Bóg jako Jeden i Jedyny jest Nieskończoną Samotnością. Z jednej strony Bóg jako Trójca Osób jest Wspólnotą Miłości, lecz z drugiej strony paradoksalnie w swojej istocie, w swojej naturze, jako Jeden i Jedyny, jest Boską Samotnością. I może właśnie dlatego stwarza człowieka, który stworzony "na obraz Boży" (Rdz 1, 27) jest istotą samotną - jedyną, niepowtarzalną, odrębną, jest "osobą", Adamem, "samotnym stworzeniem" (Mdr 10, 1). Dopiero potem, w wyniku Boskiej refleksji, że "nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam", Bóg stwarza "odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). Ale potem Jezus wraca do tej antropologicznej sytuacji i formułuje naukę o tych, którzy "dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni" (Mt 19, 10-12).

Przez całe dzieje Odkupienia przewijają się wielkie postaci ludzi żyjących w samotności, począwszy od proroków i opatrznościowych kobiet w Starym Przymierzu, poprzez postaci Jana Chrzciciela i św. Pawła, Jana Ewangelistę i rodzeństwo z Betanii, a skończywszy na uczniach i uczennicach Chrystusa, których imiona są zapisane w pismach nowotestamentalnych. Ponad nimi wszystkimi są Jezus z Nazaretu i Maryja - Bogarodzica, Matka i Dziewica. Jako żona i matka żyła we wspólnocie małżeńskiej, jako dziewica, z natury swojego dziewictwa, żyła w pewnego rodzaju ludzkiej samotności, która prowadzi do finałowej sceny na Golgocie, gdy w końcu obcy człowiek bierze Ją "do siebie" (J 19, 27).

Rada Jezusa o samotności "dla królestwa niebieskiego" (Mt 19, 12) została w historii Kościoła zinterpretowana w sposób skrajnie zawężony, a poprzez rozwój życia monastycznego zradykalizowana i zastosowana wyłącznie do stanu zakonnego. Tymczasem jest wręcz odwrotnie: to jest rada do życia w samotności, a dopiero jedną z form tej realizacji jest zakon, chociaż - jak mówiliśmy poprzednio - życie zakonne jest w końcu życiem we wspólnocie.

Droga celibatu - życia w samotności dla pożytku Królestwa niebieskiego - w Kościele nie jest wcale taka nadzwyczajna. Jest drogą każdego ucznia Jezusa, nie tylko tych, którzy przyrzekli pozostać bezżennymi dla Królestwa Bożego, jak księża i siostry zakonne. Absolutnie nie!

O powszechnym celibacie uczy św. Paweł: "Bracia! Mówię wam: czas jest krótki. Niech więc ci, co mają żony, tak żyją jakby byli ich nie mieli." (1 Kor 2:29) Jest jakaś wspólnota drogi, inaczej - jedna droga, która pochłania te indywidualne. Skoro żonaty ma żyć tak jak nieżonaty, ma widzieć nie tylko swoją ścieżkę życia, ale prawdę całej drogi. A nieżonaty jakby był żonaty.

Przyrzekaliśmy, my księża i siostry zakonne, celibat nie jako drogę życia samotniczego, w izolacji, pustelni życia singla. Dokładnie przeciwnie: przyrzekaliśmy celibat "na znak wewnętrznego oddania Chrystusowi Panu_służąc Bogu i ludziom". Powszechny celibat chrześcijański to jakby skok do rwącej rzeki tetniącego pełnią życia Boga. Płynącego przez dzieje nurtu życia Boga, ognia miłości. Czy zatem ta droga jawi się jako coś mającego wspólnego z izolacją i samotnością? Moja samotność, mój celibat porywa mnie ku innym. Odejście na bok i na pustynię to rzadkie chwile odpoczynku. Ale nigdy nie cel.

Ojciec Święty Franciszek nalega byśmy wychodzili z siebie ku peryferiom życia. Ku ludziom na peryferiach życia. Nieśli w świat olej namaszczenia życia Bożego. Kiedy mówię o potrzebie kobiety, o potrzebie mężczyzny w życiu chrześcijańskim, mówię o budzeniu w nas głodu wspólnoty. My nieżonaci musimy być jak żonaci. A żonaci jak nieżonaci. Wejść we wspólnotę z ludźmi - trwałą i wierną. Istnieje łatwość porzucania naszych wspólnot, odchodzenia, jeżeli nie fizycznego to emocjonalnego. Zdradzamy te nasze kobiety, tych naszych facetów, te nasze wspólnoty na prawo i na lewo, wymieniamy jak rękawiczki. A życie w czystości to dla nas ideał singla, nasza osobista, prywatna świętość. I zamykamy się w naszych czterech ścianach i patrzymy w telewizor albo w samych siebie. Mijajmy się obojetnie z ludźmi na ulicy czy chodniku między blokami, milczymy, gdy jedziemy windą i unikamy wzroku i konwersacji. A za ścianą mojego mieszkania być może kona ktoś z głodu miłości, zrozumienia i pragnienia wspólnoty. A my, zadowoleni z siebie, przychodzimy do kościoła na Mszę i modlimy się - Ojcze nasz... Co za cyniczny paradoks.

Nie chcemy tej naszej 'kobiety'. Nie chcemy tego naszego 'faceta'. Bo mało jest takich między nami, którzy chcą wejść na stałe w żywą wspólnotę wierzących i dać siebie całych. I to nie na chwilę. Jak wielu innych mężczyzn postępuje, tak i my - chcemy wspólnoty do chwili, gdy jest dla nas atrakcyjna i pociągająca. Podobnie i ze strony kobiet. Popatrzcie samokrytycznie na ruchy apostolskie, grupy, stowarzyszenia, rady rozmaite w naszych parafiach. Jak to jest? A ten słomiany zapał, ta miłość i głód wspólnoty, który jest jak kometa tylko, i zaraz przemija, musi się skończyć. Jeżeli chcemy budować Królestwo Boże, wspólnotę czułej Matki-Kościoła, a nie jakiś pseudo-Kościół, fantoma miotanego falami naszego samopoczucia i humorków.

Miłość się zaczyna zaraz po zdemaskowaniu tego fantoma. Źródło naszych odejść jest tak samo prozaiczne jak u innych. Niczym się nie wyróżniamy. Dlaczego? Posłuchajmy dwóch ważnych słów.

Pierwsze słowo od Kiko Arguello z jasnym rozumieniem czego mamy oczekiwać od wspólnoty: "jednoczy nas Duch Święty, który uzdalnia nas do miłości. Każdy chrześcijanin potrzebuje konkretnej wspólnoty, czy to ksiądz, czy biskup, czy świecki. Tylko mała wspólnota weryfikuje twoja wiarę_spotykasz ludzi, którzy nigdy nie będą ideałami. Jeden jest neurotykiem, drugi idiotą, a ty masz wszystkich kochać_błyskawicznie odkrywasz jak trudno jest kochać, wierzyć, być ubogim_potrafisz uznać w sobie pychę to znaczy, że jest w tobie Duch Święty. Poganie nie uznają swojej pychy. Refleksja o pysze po co? A to właśnie ból konfrontacji z prawdą rodzi ucieczkę konsekrowaną celibatem. Kiko wspomina o zaniku nauki o diable i piekle. Jest samotność demoniczna, to małe piekło na ziemi, wykreowane przeze mnie samego".

I słowo kard. Josefa Ratzingera. Wspomniałem o nim wczoraj. Przyznaję, że fascynuje mnie głębia tego człowieka. Jestem fanem Jego myśli teologicznej. Warto Go czytać i odczytywać ciągle na nowo. Jako biskup Monachium napisał tak:

"Będziemy krzyczeć do Boga jak Adam: "Kobieta, którą mi dałeś_ jest do niczego, daj mi inną, ciekawszą, bardziej atrakcyjną!" ... Żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami_Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych. I na odwrót_powinniśmy pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni?Wówczas zrobię najwięcej dla własnego zbawienia. Przypominamy wspinaczy połączonych z sobą niewidoczną liną. Odpadnięcie każdego jest próbą wytrzymałości dla wszystkich. Istnieje tajemnicze i pełne bojaźni pytanie jak bardzo i w jakim stopniu jesteśmy odpowiedzialni za swoje wzajemne zbawienie. Tym bardziej, że te liny są wielokrotne i wzmacniane. Jest odpowiedzialność małżonków za siebie, rodziców za dzieci, i szczególna odpowiedzialność pasterza za owczarnię mu powierzoną przez Pana. Gdybyśmy tak traktowali wszystkich odpadających, odchodzących i nieobecnych teoria, że każdy jest wolny i odpowiada za siebie, nic by nam nie dawała. Apostoł pragnie mieć swój udział w zbawieniu, jest ocalony, jego eros to głębokie pragnienie zjednoczenia z Jezusem. I jednocześnie wie, że jego drogą jest głoszenie Ewangelii. Nie na zasadzie pracy, ale widzenia od pierwszej chwili pod Damaszkiem jedności: "Szawle, czemu Mnie prześladujesz?"

Moja Ciocia z Warszawy, choć rodem z Lubelszczyzny jest przykładem niesłychanie dzielnej niewiasty, która świadomie i odważnie potrafiła zagospodarować swoją samotność dla dobra wspólnoty. Kobieta 77-letnia, pełna życia, emerytowana dyrektorka przedszkola, żyjącej zawsze samotnie, nie wyszła nigdy za mąż, amazonka, zaangażowana w życie Warszawy i bezpośredniego Jej środowiska w bloku i spółdzielni mieszkaniowej. Do Niej zawsze kieruję swe kroki po przylocie do Polski i w dniu odlotu. Jest pierwszą osobą w rodzinie, którą widzę po przylocie, i ostatnią przed odlotem. Dodaje mi mnóstwo energii i rozmowa z Nią jest zawsze budująca, konkretna. Osoba pełna planów na przyszłość, interesująca się wszystkim i wszystkimi, mimo całej listy chorób. Prawdziwa moja bohaterka. A mało takich bohaterek i bohaterów w naszej parafii. Chylę z szacunkiem czoła przed nimi.

Wydaje mi sie, że tak naprawdę jedyna samotność dla chrześcijanina, która jest prawdziwą samotnością, niszczącą nas - to samotność życia bez Boga, w grzechu, odrzucając Go świadomie w naszym życiu.

Od takiej samotności, zachowaj nas, Panie! Amen!

ks. Wojciech Kościelniak

do górydo góry

© Copyright 2005 by Ritt&Leo ® - kontakt: webmaster@grzegorzki.vbiz.pl